Dwie Siostry – historia i rytuał. Recenzja Jana Maniaka

W 45 roku swej działalności Teatr Nie Teraz sięgnął po temat nieobecne w polskim teatrze…

Tym razem rzecz dotyczy powołania duchownego kobiet. Dzisiejsza antykulturowa narracja wszystko, co łączy się z wiarą, na różne sposoby programowo bezcześci. Doprowadzono nawet do tego, że słowo „zakonnica” traktowane jest pejoratywnie. Tymczasem osoby w sutannach czy habitach, to wielowiekowy znak narodowej polskiej tożsamości: tak tej odwołującej się bezpośrednio do sakramentalnej, modlitewnej i ewangelizacyjnej misji Kościoła, jak i do praktycznego Bożego miłosierdzia (hospicja, domy opieki), edukacji (szkoły, przedszkola), ale również do walki o niepodległość i wolność Ojczyzny.

Inspiracją dla scenariusza „Dwóch sióstr”, skądinąd zainicjowaną przez Zgromadzenia Sióstr Świętego Józefa, jest postać siostry Marii Kolumby (CSSJ), Józefitki związanej ze Lwowem, a później, aż do śmierci w 1950 roku, z Tarnowem. Drugą ważna dla dramatycznej narracji spektaklu postacią jest św. ksiądz Zygmunt Gorazdowski, założyciel Zgromadzenia Józefitek. I na pewno nie jest przypadkiem, że w roku naszej premiery mija równo 150 lat od urodzenia siostry Marii Kolumby i 25 lat od beatyfikacji ks. Gorazdowskiego dokonanej we Lwowie przez Ojca Świętego Jana Pawła II.

Premiera spektaklu miała miejsce 9 czerwca roku 2026 w Aula Wyższego Seminarium Duchownego w Tarnowie.
Scenariusz i reżyseria: TOMASZ ANTONI ŻAK
Aktorzy: ALEKSANDRA PISZ jako Waleria / Maria Kolumba i ZOFIA STACHOWIAK jako Teresa
Scenografia: JERZY DUDA
Technika: RYSZARD ZAPRZAŁKA
Plakat: ALEKSANDRA PISZ
Specjalne podziękowania dla: s. MARII SAMARYTANY (CSSJ) i ks. PIOTRA OSIŃSKIEGO

Dodajmy, że spektakl dedykowany jest dwóm siostrom zakonnym, prywatnie rodzonym siostrom, a dodatkowo obu związanym niegdyś z Teatrem Nie Teraz: siostrze Marii Karolinie (OP) i siostrze Marii Julianie (FSPX).

Tomasz Antoni Żak

Recenzja Jana Maniaka:

Dwie Siostry – historia i rytuał 

Kto jeszcze pamięta słowa papieża Jana Pawła II wypowiedziane na lwowskim hipodromie 26 czerwca 2001 roku? Kto pamięta ową podniosłą atmosferę i jakże płonne nadzieje z przełomu tysiąclecia? Były to nadzieje na „koniec historii” i wieczysty pokój między narodami. Również na pojednanie polsko-ukraińskie. To, że daliśmy się zwieść „fałszywym prorokom” okazało się już 11 września tego samego roku, gdy bliźniacze wieże Twin Towers – World Trade Center zapadły się i przysypały gruzem nasze złudzenia. Zamiana Pax Sovietica na Pax Americana nie przybliżyła nas, a może nawet oddaliła od Pax Christiana.

Historia potwierdza powiedzenie, że Bóg pisze prosto nawet po liniach krzywych. Należałoby dodać, że przy udziale świętych, którzy linie te prostują. Nie politycy, ale święci czynią świat lepszym.
Dlatego teatralne wydarzenie, jakim była premiera spektaklu Teatru Nie Teraz pt. „Dwie Siostry”, co odbyło się w ramach „srebrnego jubileuszu” beatyfikacji lwowianina z wyboru, ks. Zygmunta Gorazdowskiego, uważać można w jakimś sensie za przełomowe, bo Kościół już dawno „odpuścił” sobie mainstreamowy teatr, oddając go w ręce antyklerykalnych środowisk. Tym kulturowo terrorystycznym grupom, skądinąd finansowanym z pieniędzy katolików, już nie wystarcza „rozdział Kościoła od państwa”. Oni żądają „rozdziału” od kultury i w ogóle wychowania. Tuczymy raka, który żerując na tysiącletnim bogactwie polskiej kultury, chce ją unicestwić. Bo, jak to określił Zbigniew Herbert w wierszu „Potęga smaku”, do zaoferowania mają oni jedynie „parcianą retorykę”: „łańcuchy tautologii, parę pojęć jak cepy / dialektyka oprawców żadnej dystynkcji w rozumowaniu”. Perfidia polega na tym, że nie mając potencjału twórczego ustawiają swe krzywe zwierciadła tak, by zniekształcić obraz lub oślepiać widzów blaskiem kradzionym ze skarbca katolicyzmu – blaskiem tzw. „słonecznego zajączka”. Nie tworzą, bo negacja, zaprzeczenie nie tworzy nowego bytu, odwraca jedynie wartości. Chciałoby się powtórzyć za św. Maksymilianem Kolbe: „Nienawiść nie jest twórcza. Twórcza jest miłość”. A, że brak konkurencji rozzuchwala i niszczy morale oraz sztukę, to mamy to, co mamy. Czemu w kraju św. JP II, którego w jakiś sposób – jak sam mówił – formował teatr, zapomniano o tegoż teatru ewangelicznym znaczeniu?

Aneta-35

Dlatego za inicjatywę Zgromadzenia Sióstr Świętego Józefa (CSSJ), „zapraszających” Teatr Nie Teraz do pracy twórczej, należałoby wyrazić dziękczynienie Duchowi Świętemu i na ręce tarnowskiej Przełożonej Prowincjalnej, s. Marii Pacyfiki Pławeckiej, złożyć podziękowania. Zapewne również z inspiracji Ducha Świętego impuls do powstania sztuki dała s. Maria Samarytana Kozina. Bóg zapłać! Nie można również pominąć w wyrażeniu wdzięczności ks. dyr. Piotrowi Osińskiemu, „kustoszowi pamięci” Domu Emerytów w Tarnowie (pierwotnie zwanego Domem Dla Nieuleczalnie Chorych).

Wsnuty w ten spektakl „dramat historii” jest równie istotny jak paralele między Lwowem a Tarnowem. Nie tylko w odwzorowaniu tarnowskiego „domu dla nieuleczalnych” na wzór lwowskiego, utworzonego z inicjatywy św. ks. Gorazdowskiego. Ważniejszy od murów budynku przy ul. Starodąbrowskiej w Tarnowie był duch i charyzmat „apostoła Bożego Miłosierdzia”, „księdza dziadów”, którego uosabianiem i wcieleniem jest jedna z tytułowych sióstr – Waleria Czarnota pochodząca spod Leżajska. I ten hipodrom lwowski z czerwca 2001 r. (miejsce spotkania z papieżem) i wspomniana w jednej ze scen dawna lwowska ulica Lelewela, która jest, a której nie ma, rezonują nieokreśloną nostalgią w tym spektaklu i – chcąc nie chcąc – są jego tłem.
I stąd może ta retrospektywno-oniryczna estetyka scenografii, jak i scenariusza; przywoływanie „utraconej tożsamości”, poszukiwanie zaginionej „Arki”. Kostiumy z epoki (zwróciłem uwaga nawet na idealnie dobrane buty) tworzą klimat fotografii w sepii. Sekwencje scen przypominają obrazy ze snu. Skromne środki, uboga scenografia. Dwa owalne trema, dwa taborety, wieszak, walizka. Mamy więc lustra, a właściwie puste stylizowane ramy, które mają udawać XIX-wieczne „psyche”. Mocna sugestia, że nie chodzi tylko o to posrebrzane szkło. Może to ramy zwierciadła sumienia? Ustawione vis a vis w pierwszej scenie mają stworzyć efekt konfrontacji. Ikoniczny, niewidzialny mur braku akceptacji, niezrozumienia dla życiowych wyborów. I choć dialog sióstr jest spokojny, nawet zabawny, ustawienie rekwizytów sugeruje walkę. Bogata symbolika lustra, jak np.: dwoistość, ambiwalencja, wierność, przeznaczenie itd., poszerza spektrum gry i dodaje znaczeń. Jednak przekaz wydaje się oczywisty. Chcesz poznać prawdę o sobie musisz spojrzeć głębiej w te puste ramy, by znaleźć swe odbicie w oczach „innego”. Albo przewrotnie twierdzić jak Garcin w dramacie Jean-Paula Sartre’a „Przy drzwiach zamkniętych”, że „piekło to inni”.

I jeśli w historii okazywało się to prawdą, to na takiej „ewangelii” nie da się zbudować Królestwa niebieskiego, a co najwyżej piekielną demokrację, w której nie będzie miejsca dla „innych”. Można więc samolubnie zanurzyć spojrzenie w tafli szkła albo spojrzeć w oczy żebraka, upadłej kobiety, pijaka i zobaczyć ikonę Chrystusa w cierniowej koronie. Prawdy o człowieku – o sobie – nie znajdziesz w secesyjnej psyche. Lustro nie odzwierciedla prawdy, lecz tworzy jej iluzję. Warto też zauważyć, że w epilogu, gdy „lustra” staną obok siebie, zmieni się ich konfrontacyjny stosunek na koncyliacyjny. Może dlatego, że lustro przyjmuje atrybuty konfesjonału… W pustych ramach psyche pojawia się Ten, który pozwala nam poznać prawdę, wskazać drogę.

DSC02201

Scenariusz autorstwa Tomasza Antoniego Żak inspirowany jest życiem siostry Marii Kolumby Czarnoty ze Zgromadzenie Sióstr Świętego Józefa. Nie jest to jednak opowieść o heroicznym, świątobliwym życiu zakonnym, pełnym poświęcenia dla chorych, ubogich i prześladowanych. Z pewnością życie siostry Marii Kolumby to gotowy scenariusz na film, ale teatr przy swoich ograniczeniach ma również możliwości, których nie ma kino.
Spójrzmy więc na ten spektakl nie jak na opowieść, ale jak na teatralną przypowieść. Mała różnica gatunkowa między opowieścią a przypowieścią potrafi zmienić diametralnie optykę tego na co patrzymy. Parabola-przypowieść zmienia świat przedstawiany na symbole. To jest więc opowieść, tylko musimy pamiętać, że taka „walizka” ma podwójne dno. Jak w przytoczonym w Ewangelii proroctwie Izajasza: „Słuchać będziecie, a nie zrozumiecie, patrzeć będziecie, a nie zobaczycie. Bo stwardniało serce tego ludu, ich uszy stępiały i oczy swe zamknęli, żeby oczami nie widzieli ani uszami nie słyszeli, ani swym sercem nie rozumieli, i nie nawrócili się, abym ich uzdrowił” (Mat.13,14-15).

Rzeczywiście można słuchać, rozumieć słowa, lecz nic nie zrozumieć. I broń Boże nie odnoszę to do widowni zebranej na premierze, bo w większości były to osoby konsekrowane. Dokonuję „wiwisekcji” spektaklu przyglądając się, jak może oddziaływać na potencjonalnego odbiorcę. Wiem, że można być inteligentnym i oczytanym, lecz „stwardniałe serce” może zamknąć człowiekowi oczy na transcendencję. Osobom przyzwyczajonym do telewizyjnych spektakli, tak zwany „teatr ubogi” może sprawić pewien zawód, bo wymaga od widza czytania każdej aluzji. I gdy np. Teresa – Zofia Stachowiak (aktorka wielu talentów) nuci parę taktów z operetki Johanna Straussa „Wiedeńska krew”, to te parę dźwięków symbolicznie i iluzorycznie – w zamyśle reżysera – przenosi nas do czasów Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Ten prosty teatralny chwyt ma swoje uzasadnienie. Przywołuje czas i miejsce akcji i ewokuje czas zabawy, relaksu. I przeplata się jak refren. Trwa la belle époque. Wybory wówczas są równie trudne dla młodych dziewcząt jak i dziś: Iść pod prąd światowym trendom, czy kręcić się w kółku tanecznym w rytm trwającej wokół maskarady. I tu pojawia się odpowiednio nośny rekwizyt – karnawałowa maska. Wybiera ją Teresa. Maska nie tylko chroni, ale zawsze coś skrywa: to makijaż, wabik, pokusa. Odrzucić maskę – wybór Walerii – to stanąć w prawdzie. Innym problemem jest decyzja opuszczenia rodzinnego domu, wyjście za mąż czy rezygnacja z macierzyństwa. Tu z kolei „Wieczorna pieśń” Moniuszki do słów Syrokomli obrazuje i osładza ten epizod. Ojcowizna, ojczyzna, jak kadr obrazu Chełmońskiego. Warto docenić i przyznać, że aktorski żeński duet wycisnął z tej pieśni całą finezję.

Są w tym spektaklu mniej oczywiste rekwizyty, jak np. walizka z prowiantem, która zastępuje bardziej malowniczego kwestorskiego osiołka – symbol jałmużny i dobroczynności. I też bardziej zastanawiające „chwyty”, jak na przykład nieobecność mężczyzny na scenie, która paradoksalnie staje się wyższą formą obecności. „Obsesja” mężczyzny w głowie Teresy czy mężczyzna – Jezus Chrystus w sercu i życiu Walerii. Czy też ks. Gorazdowski, wspomniany zaledwie trzy czy cztery razy, ale obecny jak cień s. Marii Kolumby w świetle jej lampy zawieszonej na kosturze. Ten obraz – z boku sceny – należałoby może potraktować jako alegorię mądrej panny, choć również uprawnione są inne odczytania: np. słynna Florence Nightingale „The Lady with the Lamp”) opatrująca rany, ratująca życie. Piękna scena. Aleksandra Pisz obłóczona w tradycyjny ubiór zakonny Józefitki zrobiła wrażenie. Subtelność, uśmiech, delikatność. Zachodzi obawa, że może rozsmakować się w tej roli i potraktować ją bardziej poważnie… Tak przekonująco i żarliwie mówiła o swoim posłannictwie w rozmowie z Teresą, że autentyczność przekazu robi wrażenie. I warto docenić jej zniuansowaną finezję gry aktorskiej. Zwłaszcza, że tak zrytualizowany spektakl nie daje przestrzeni do „aktorzenia”.

Akcentowanie przez Tomasza A. Żaka rytuału – można powiedzieć z „nabożeństwem” – ma swoje głębokie uzasadnienie. Rytuał nie pozwala zapomnieć. Jest strażnikiem pamięci. Jak habit czy sutanna, które stają się zbroją, broniąc dostępu do miejsc najłatwiejszych do zranienia. Podobnie jak żołnierski mundur, uniform, co też wybrzmiewa w spektaklowym dialogu. Chciałoby się tutaj przytoczyć fragment Listu do Efezjan: „Weźcie pełną zbroję Bożą, abyście mogli przeciwstawić się w dzień zły, a wykonawszy wszystko, ostać się. Stańcie więc, przepasawszy wasze biodra prawdą, przywdziawszy pancerz sprawiedliwości…”

DSC03084

I tak dochodzimy do symbolicznej kulminacyjnej sceny obłóczyn, przyjęcia szat duchownych, „obleczenie się w nowego człowieka” i samego aktu ślubowania, co w niezwykle prawdziwy sposób kreuje Aleksandra Pisz. Reżyser, co zdarza się w teatrze offowym, obsadza tutaj Zofię Stachowiak w nowej roli „mateczki wprowadzającej”. Współgra to z wyżej wspomnianą, trochę oniryczną konwencją spektaklu, gdzie sekwencje scen przeskakują epizodycznie, a rola staje się umowna. Obłóczyny dawniej naśladowały obrzęd weselny. Postulantkę w ślubnej sukni wprowadzano za klauzurę, gdzie następowała ceremonia przywdziania habitu. Rozumiem, że scenarzysta-reżyser dokonał tu pewnego „skrótu montażowego”, łącząc w jednym epizodzie postulat, obrzęd obłóczyn, nowicjat i profesję zakonną.

Katharsis „mistycznych zaślubin”, związane z profesją wieczystą, ukazane jako duchowa alternatywa małżeństwa, „oczyszcza” również drugą z sióstr – Teresę. I ona zrozumie, że jej siostra, Waleria, jako kobieta nic nie traci zaślubiając się Chrystusowi, przyjmując srebrną obrączki z wygrawerowanym imieniem Jezus. Co więcej, musi ona tym samym stać się siostrą i matką dla wszystkich potrzebujących. W tej scenie zasługuje również na uwagę wykonany z liturgiczną estymą przez Zofię Stachowiak Psalm 51 Miserere mei Deus. Chorał gregoriański wymaga odpowiedniego ustawienie głosu, odpowiedniego tonusu i w moim odczuciu było to udane wykonanie. To również zaakcentowanie i nawiązanie do pierwszej zakonnej profesji s. Marii Kolumby, której celebracja odbyła się w ramach klasycznego rytu rzymskiego i oczywiście w języku łacińskim.

DSC02105

Spektakl pozostawia widza – takie mam odczucie – w pewnym zawieszeniu. Może taka była koncepcja reżysera. Jeżeli rozbudzi w jakieś młodej osobie chęć podążenia drogą s. Marii Kolumby to będzie znak, że Duch Święty miał udział w tym artystycznym przedsięwzięciu. I warto jeszcze zauważyć, że habit zakonny, Boża zbroja, może nie tyle skrywać, co odkrywać urodę duszy i ciała.

Jan Maniak

Autorka fotografii: Aleksandra Żak